Historia pewnej znajomości...

   Aby opowiedzieć Wam historię przybycia Piranii pod nasz dach, muszę cofnąć się w czasie. Mam nadzieję, że moja kocia pamięć mnie nie zawiedzie. W końcu to wydarzenie było istną rewolucją w moim  życiu. Jakieś małe białe zaczęło łazić po moim terytorium i drzeć japę za jedzeniem. To ostatnie w sumie mi się opłaciło, bo gramy zrzucone na diecie zaordynowanej przez Dużą, szybko do mnie wróciły.
Ale od początku...
Coś mi nie pasowało, gdy Niebieska zaczęła wisieć na telefonie i grzać linię z ciotką Beatą i ciotką Magdą.
One mają przecież po dwa koty, więc pachniało to bardzo podejrzanie. Jaka to była przeżywka, doprawdy.
 Zaczęła mi też  dorzucać do jedzenia Immunodol. Blee... Kupiła drugą kuwetę, którą zaanektowałem na kryjówkę moich zabawek i zdobyczy.
Później przyniosła jakiś pojemniczek, z którego przepięknie pachniało. Włączyła go do kontaktu. Ach... czułem się wspaniale.
Na krótko, bo pewnej soboty pojechali gdzieś daleko, a gdy wrócili przynieśli ze sobą dziwną woń,
a w transporterze coś, co wyglądało jak ja, tyle że było białe, małe. No i ja jestem ładniejszy.
Zaczęli mnie miziać, a później znikali. Wracali i znów głaskali. A ich dłonie pachniały  jakoś inaczej niż ja. Musiałem znosić to coś na sobie. Fuj... Później dowiedziałem się, że przenosili zapachy. Tylko, do jasnej myszki, po co?
Nadeszła noc i znów dziwnie się zachowywali, bo Duży spał ze mną w pokoju, co było nawet fajne. W końcu miałem go tylko dla siebie. Niebieska zamknęła się w sypialni. Pokłócili się, czy co?
Rano znów zaczęli się dziwnie zachowywać. Postawili miskę pod drzwiami sypialni. Zjadłem, ale kątem oka widziałem, jakieś ruchy po drugiej stronie. Usłyszałem nawet chrupanie. Zbagatelizowałem je, myśląc, że to ja tak głośno chrupię.
 Później zabrali transporter i poszli. Ucieszyłem się, bo zazwyczaj transporter oznacza wizytę u Pana Doktora, czego zbytnio nie lubię, bo zawsze dostaję tam jakiś zastrzyk, a ten człowiek we wdzianku w kotki i pieski całuje mnie i przytula.
Bardzo lubię Pana Lekarza, jedynie okoliczności naszych spotkań są, jakby to powiedzieć,  niesprzyjające. Ech... No bo na przykład ostatnio jakiś Beagle darł japę wniebogłosy, jakby był na polowaniu. Niewychowany śmierdziszon jeden.
Ale dość tych dygresji. O czym to ja mówiłem?
Ach... o mojej radości...
No więc, miałem chatę tylko dla siebie.  Nie na długo. Wrócili, postawili transporter na podłodze i powiedzieli:  Ten kot z miasta Łodzi pochodzi. Cokolwiek to oznaczało, zbyt dobrze nie pachniało.
Zajrzałem do transportera przez szybę i stwierdziłem, że wcześniej moje bystre oczy się nie myliły. Biała kulka futra wciąż tam była.  Co więcej ruszała się. Musiałem syknąć, żeby zachować swoją kocią twarz.
Drzwiczki się otworzyły i futerkowiec wyszedł. A gdy wyszedł, zaczął szaleć za piórkiem i skakać tak wysoko,
aż w pewnym momencie pomyślałem, że może przywieźli mi papugę, a nie kota.
Szacun za te skoki. Jest narwany, to fakt, ale trzeba przyznać, że akrobata z niego pierwsza klasa.  
Ale do rzeczy.
Siedziałem i obserwowałem. Później przystąpiłem do śledzenia. Gdzie on, tam ja. To udzieliło się wszystkim, bo śledzić zaczął mnie też biały, a za nami chodzili Duzi. Tak śledziliśmy się jakiś czas. Istny stalking.
Mały uzurpator zajął mi rondelek. Nie podobało mi się to zbytnio, ale cała swoją uwagę skupiłem wtedy na zapoznaniu
z tym diabłem tasmańskim. 





No a potem posypała się karma.  Pirania rzuciła się na jedzenie, więc co miałem zrobić, schowałem na chwilę kocią dumę do kieszeni i też poszedłem jeść. Pozwoliłem mu nawet chrupnąć z jednej miski, a później pokazałem gdzie jest źródełko. W końcu trzeba było go nauczyć, że w tym domu pijemy bieżącą wodę. Pojętny z niego dzieciak.
W mig załapał, o co chodzi. Ale pokazał mi również, że picie z kubka stojącego na parapecie też nie jest złe.






Drugą noc spędziliśmy już razem. Władował mi się gówniarz do rozety. Niebieska mówi, ze trzeba kupić drugą.
 Ej kobieto, nowy rondel też by się przydał. A nawet dwa.
Minął miesiąc. Muszę przyznać, że ten mały biały nie jest taki zły.Czasem tylko patrzeć na to wszystko nie mogę, bo męczy mi Dużą.  Nie dość, że kobiecina moja coś zmizerniała ostatnio przez dokocenie, to jeszcze Pirania wchodzi
na nią i gniecie. Doprawdy. Zniknie mi niedługo dziewczyna wgnieciona pomiędzy poduszki kanapy. I kto będzie mi kupował wołowinkę? No kto?
Czasem bywa namolny w stosunku do mnie. Smarkacz chce się przytulać. A na to sobie pozwolić nie mogę. Niedawno położył się obok, ale wykonałem akcję ewakuacyjną do rondla. Co ja jestem? Przytulanka? Niech już sobie lepiej ugniata Pańcię.






A tak jest teraz.



Dziubul




Pomalowana na niebiesko

23 komentarze:

  1. Co za historia :-) Ach ten Dziubul, kocham go normalnie x-) No i jak on sie troszczy o tą swoją wołowinę, ups tzn. Pańcię :-)
    I jak miło popatrzeć na te zdjecia. Przepiękne są :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, troska o wołowinkę jest na pierwszym miejscu. :)
      Dziękuję za miłe słowa. (k)

      Usuń
  2. Kochany, mądry Dziubul, u nas z Melonem było podobnie, ale ten od razu ukochał sobie Kiwę i potem z łapek nie wypuszczał, ale po kolei zdobył wszystkie serca, nawet Buziola :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Dziubulem to różnie bywa. Jeszcze się przekonuje do Piranii.

      Usuń
    2. Może się przekona ;) w sumie Kiwcia odkąd jest chora z Melonem w ogóle czasu nie spędza i od tamtej pory ani się nie myją ani ze sobą nie śpią :( co mnie smuci bo wcześniej sie tak kochali.
      Dziękujemy :) tą papkę wysokoenergetyczną znajoma nam z Royala poleciła, Kiwka nabiera sił i dostała ogromnego apetytu, je za pięcioro, tylko mi wciąż ma za złe targanie do weta, czas na przekupywanie ;)

      Usuń
  3. dziubus spowaznial normalnie...ale musi przeciez dawac przyklad mlodszemu :)
    super ci sie udalo dokcenie,moi wciaz nie moga dojsc do porozumienia...:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dogadają się. Cierpliwość i czas są tu najważniejsze.

      Usuń
  4. Dziubul, to ja, Claire... Jest problem, bo oni opublikowali Twój pamiętnik w Internecie. Dziubul, oni Ciebie fotografują!!! Tego mniejszego też... Proszę Cię, uważaj! No ale chociaż poczytałam sobie jak piszesz... Dziubul, masz styl ekstra :). Ty felietony powinieneś trzaskać do poważnej prasy, tak uważam. Żeby Ci coś poradzić, to nie wiem, właściwie nic się nie stało. Ja to miałam inaczej, bo mnie na terytorium psa dokocili, widzisz, to było... Ale też dogadałam się. Happy Valentine`s Day to All of You! Claire

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, psa by chyba Dziubul nie zniósł. :)
      Dziękujemy za miłe słowa.

      Usuń
  5. Dziubul, choć mina na ostatnim zdjęciu, ten tego, raczej nie tęga, to i tak chyba fajnie Ci z tym nowym małym i kudłatym.

    OdpowiedzUsuń
  6. Brawo Dziubul za tak pięknie opisaną historie pojawienia się Piranii (h) I bardzo się cieszę że tak szybko się zaprzyjaźniliście :) I we dwóch macie piękne zdjęcia, pasujecie do siebie jak bracia ! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Najlepszy opis dokocenia jaki kiedykolwiek dane mi było przeczytać =)).
    Z przyjemnością ogląda się zdjęcia zarówno Dziubulka jak i mniejszej Piranii :).
    Cały czas mnie kusi zakup tego motylkowego drapaka, tylko zapewne by został zaraz cały obgryziony, a ja bym musiała co chwilę sprzątać skrawki tektury.
    Z chęcią bym się sama dokociła (ragdollowym pręguskiem najlepiej), ale jednak rozsądek wygrywa, bo cztery sztuki zwierza, to już byłoby chyba za dużo. Ale może kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa.
      Motylkowe drapaki kupiłabym nawet dwa. Jest jeden problem. Obecnie są niedostępne, co bardzo mnie martwi.

      Usuń
  8. Nie mogę się na te kociaki napatrzeć,takie śliczne i zadbane, aż oczy się cieszą! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziubul powinien częściej pisać, wychodzi mu to znakomicie ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Co za historia! Dziubulku, no niesamowite.. ale ty masz przygody :-)
    Słyszałam też,że koty i listy miedzy sobą piszą

    OdpowiedzUsuń
  11. Mega foty! :) I macie super dizajnerski drapako-leżaczek :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ależ cudaki. Wspaniale razem wyglądają!

    OdpowiedzUsuń
  13. Wzruszajace... ;)
    Cudne one sa!

    OdpowiedzUsuń
  14. Heh, gładko im to poszło.

    OdpowiedzUsuń